Piotr Czarnecki
Lucyferianizm niemiecki w XIII w.
zapomniany odłam kataryzmu

   Genezę herezji lucyferian w Niemczech historycy zwykle traktują pobieżnie i marginalnie, wysuwając teorie oparte raczej na prawdopodobnych domysłach, niż mające rzeczywiste poparcie w źródłach. I tak najpopularniejsza jest teoria wywodząca lucyferian od panteistycznej sekty zwolenników Ortlieba ze Strasburga, która w swojej skrajnej postaci prowadzi do identyfikacji tych panteistów z lucyferianami. Oto niektórzy uważali iż kult Lucyfera był niesłusznie im przypisywany jako efekt panteistycznej teorii, mówiącej, że wszystko co istnieje, a więc również i Szatan zawiera się w boskiej istocie. Głównym rzecznikiem tej teorii, choć w złagodzonej formie był Henry Charles Lea, który twierdził, że owi panteiści zainteresowani szczególnie tą częścią doktryny, która odnosiła się do Szatana mogli wyodrębnić się w samodzielną sektę lucyferian. Takie ujęcie sprawy wydaje się jednak mało prawdopodobne, zwłaszcza jeśli przeanalizujemy dokładnie panteistyczne doktryny Amalryka z Bene, Ortlieba ze Strasburga i ich zwolenników. Poglądy Amalryka z Bene, profesora logiki i teorii w Paryżu (zm. ok. 1206) znane są nam głównie ze świadectw jego przeciwników, autorów kościelnych, takich jak Henryk Suzo, Tomasz z Akwinu, Alberyk de Trois - Fontaines i inni. Wszyscy oni zgodnie przypisują mu poglądy panteistyczne. Miał on twierdzić, że wszystko co istnieje jest Bogiem (omnia unum, quia quidquid est, est Deus) to on jest istotą wszystkich stworzeń, a jego natura obecna jest we wszystkich zróżnicowanych indywiduach. Za te poglądy został on potępiony w 1210 r. przez uniwersytet Paryski, a w 1215 r. przez Sobór Laterański IV. Niemniej jednak jego doktryna znalazła wielu zwolenników, jak choćby Dawida z Dinant, który uważał Boga za pierwszą niepodzielną cząstkę wśród wiecznych substancji, Ortlieba ze Strasburga (I połowa XIII w.), założyciela panteistycznej sekty w Niemczech, której członkowie wierzyli w wieczność niestworzonego świata, odrzucając zmartwychwstanie i sąd ostateczny oraz sakramenty uważane jedynie za mistyczne symbole. Podobnie jak waldensi i katarzy wystrzegali się kłamstwa, przysiąg i zabijania żywych stworzeń, aprobowali przy tym małżeństwo, pod warunkiem jednak zachowywania przez małżonków czystości, praktykowali życie ascetyczne wśród postów i pokuty. Nigdzie jednak w panteistycznej doktrynie Amalryka z Bene, czy zwolenników Ortlieba ze Strasbuga nie ma wzmianek na temat szatana czy bezpośrednich odniesień do niego, a przynajmniej kościelne źródła nic o nich nie wspominają. Z drugiej jednak strony logiczną konsekwencją panteistycznej doktryny w stosunku do Szatana (i to podkreśla Lea) jest twierdzenie, że skoro Bóg jest istotą wszystkich stworzeń to dotyczy to również i Szatana i skoro jak twierdzili panteiści wszystko w końcu zjednoczy się na powrót z Bogiem więc zjednoczy się z nimi i Szatan i upadli aniołowie, a co za tym idzie nie będą oni skazani na wieczne potępienie. Należy jednak zauważyć, że nawet jeśli taka doktryna zalęgła się w umyśle co poniektórych panteistów nie oznacza to jeszcze że oznaczała ona kult Szatana, czy też że leżała u jego podstaw. Wręcz przeciwnie utrzymując, że najwyższym dobrem i istotą wszelkiego istnienia jest Bóg, zacierała w gruncie rzeczy podstawowy antagonizm i różnicę między Bogiem a Szatanem, antagonizm, który jak zobaczymy później był najsilniej eksponowanym elementem lucyferianizmu, gdzie kwestia przeciwieństwa: Bóg - Lucyfer została postawiona na ostrzu noża w iście gnostycko-manichejski sposób.
   Można jednak w pewnym sensie zrozumieć tą teorię. H. Ch. Lei wywodzącą lucyferian od panteistów, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, iż uważał on zwolenników Ortlieba za protoplastów Braci Wolnego Ducha - również panteistycznej sekty - powstałej w Niemczech w II połowie XIII w, której członkowie podobnie jak później lucyferanie byli powszechnie oskarżani o amoralność. Amoralność braci nie wynikała jednak z kultu zła czy szatana, lecz z błędnej interpretacji doktryny panteistycznej. Uważali bowiem, że człowiek może mistycznie zjednoczyć się na stałe z Bogiem stając się z nim niejako tożsamy i równy co do doskonałości i wtedy wszystkie jego uczynki, nawet te powszechnie potępiane staną się doskonałe. Należy więc zwrócić uwagę na to, że mimo swojej niemoralności Bracia Wolnego Ducha nigdy nie występowali przeciwko Bogu, co więcej często identyfikowali się z poszczególnymi osobami trójcy świętej, a wielu z nich w ogóle nie wierzyło w piekło i demony, uważając je raczej za symbole ludzkich występków. Na dodatek nowsza historiografia zajmująca się herezją wolnego ducha podkreśla - wbrew założeniu Lei - przede wszystkim różnice między panteistyczną doktryną braci a doktrynami panteistycznych zwolenników Ortlieba ze Strasburga z początku XIII w, stojąc na stanowisku, że mimo pewnych ideologicznych podobieństw nie można w żadnym wypadku wyprowadzać jednych od drugich.
   Idąc dalej H. Ch. Lea dopatruje się lucyferańskiego podłoża w sprawie heretyckiego premonstratensa Henryka Minneke, przełożonego cysterskiego zakonu żeńskiego w Goslarze, który w 1222 roku został oskarżony przez Konrada z Reisenbergu, biskupa Hildesheim o herezję - jak mówi źródło - manichejską. Miał on być przesłuchiwany w Hildesheim przez tamtejszego biskupa - Konrada, jak i przez Konrada z Marburga, późniejszego inkwizytora zwalczającego lucyferian. W końcu zgromadzenie duchownych w Goslarze po wysłuchaniu zeznań sióstr z jego klasztoru uznało go winnym i zabroniło nauczać doktryn. Henryk jednak nie podporządkował się wyrokowi, w związku z czym znowu został wezwany przez biskupa Konrada. Ten, po trzydniowym przesłuchaniu nakazał Henrykowi powrót do rodzinnego klasztoru, siostrom zaś z Goslaru wybór nowego przełożonego. Lecz również i ten nakaz został przez Henryka zlekceważony, w związku z czym biskup Konrad musiał zwrócić się z prośbą o pomoc do samego papieża - Honoriusza III, który potwierdził wyrok Konrada. Po konsultacji z papieskim legatem, kardynałem Konradem z Porto biskup uwięził nieposłusznego zakonnika. Henryk jednak nie dał za wygraną i z więzienia odwoływał się do papieża twierdząc, że został uwięziony bezpodstawnie i prosząc o przesłuchanie. Papież uczynił zadość jego prośbom i w swoim liście z 23 V 1224, skierowanym do Konrada - biskupa Hildesheim nakazał przyprowadzić Henryka przed oblicze legata, który w obecności biskupów po przesłuchaniu go i pouczeniu w Piśmie Św. miał zdecydować o jego potępieniu, bądź uniewinnieniu. Na początku października 1224 legat zwołał synod biskupów północnych Niemiec do Bardewick, na którym dowiedziano się nowych interesujących szczegółów w sprawie Henryka. Otóż miał on wymagać od sióstr, by uważały go za większego od jakiegokolwiek człowieka zrodzonego z kobiety, a ponadto w wielu miejscach rozluźnił surową cysterską regułę. W swoich kazaniach nauczał rozmaitych heretyckich poglądów, jak choćby tego, że Duch Św. jest ojcem Jezusa, że w niebie jest kobieta potężniejsza od Dziewicy Maryi, której imię jest Wiedza, poza tym zdecydowanie potępiał małżeństwo, które uważał za grzech i twierdził, że miał wizję, w której ujrzał Szatana modlącego się do Boga o przebaczenie. Wciąż niewzruszony w swych poglądach Henryk osobiście przyznał się do swych błędów ponownie, na kolejnym zwołanym przez legata Konrada synodzie w Hildesheim (22 X 1224), na którym oskarżony i potępiony jako heretyk został pozbawiony nie tylko swego urzędu, ale i kapłaństwa w ogóle z zakazem noszenia szat duchownego włącznie. Aby zaś usunąć na przyszłość wszelkie wątpliwości co do winy Henryka legat potwierdził swój wyrok dokumentem uwierzytelnionym własną pieczęcią. Dokument ten zawiera powtórzenie całego katalogu błędów Henryka, dodając ważną informację o tym, że błędy owe zawarł Henryk w swoich pismach. Wyrok legata był ostateczny. W 1225 r. Henryk został przekazany władzy świeckiej i spalony na stosie. Jak więc widać z powyższego, poglądy Henryka Minneke miały charakter wybitnie gnostycko - katarski, niemniej jednak jego teoria o Duchu Św. jako ojcu Chrystusa, a także o Wiedzy, która miała zajmować w niebie wyższe miejsce niż sama Matka Boska zdają się wskazywać na to, iż należał raczej do elity katarskich wtajemniczonych, albowiem takie gnostyckie teorie nie były nigdy przekazywane zwykłemu ludowi. Przedstawiona natomiast przez Henryka teoria o zbawieniu Szatana zdaje się mieć starożytny rodowód. Już bowiem Orygenes (186 - 254), jeden z najsłynniejszych teologów szkoły aleksandryjskiej, potępiony w 232 r. za herezję, którego pisma znane były bardzo dobrze w starożytności i nie tylko, wystąpił z teorią apokatastazy czyli powrotu, na końcu świata wszelkiego bytu do Boga, co w efekcie oznaczało zbawienie również samego Szatana. W doktrynie Henryka kwestia Szatana nie zajmowała głównego miejsca, nie podważał on zresztą jego winy, lecz nawet ją potwierdzał wspominając o Szatanie modlącym się o przebaczenie. Nie mógł on więc wobec powyższego mieć cokolwiek wspólnego z herezją lucyferian, natomiast kwestia jego przynależności do herezji katarskiej absolutnie nie podlega wątpliwości. Sprawa Henryka Minneke jest żywym dowodem na istnienie herezji katarskiej w Niemczech, w początkach XIII w., która jak widać nie ograniczyła się do prostego ludu, lecz obejmowała również ludzi wykształconych, piastujących stanowiska kościelne.
   Prawdziwe prześladowania lucyferian rozpoczął dopiero Konrad z Marburga (1180 - 1233), który w historii kościoła w Niemczech w I połowie XIII w. odegrał niebagatelną rolę. Powszechnie tytułowany w źródłach jako "magister" był prawdopodobnie księdzem świeckim o teologicznym wykształceniu. Według powstałej po jego śmierci legendy, głoszonej przez Dominikanów miał on być człowiekiem ich zakonu, zwerbowanym doń przez samego św. Dominika, który wysłał go do Niemiec z misją zwalczania herezji. Tradycję tę jednak należy zdecydowanie odrzucić, jako nie mającą dostatecznego poparcia w źródłach. Niewątpliwie natomiast już w roku 1214 został w Niemczech głosicielem V krucjaty organizowanej przez Honoriusza III, która doszła do skutku w latach 1217 -1221. Dzięki temu poznał Ludwika IV- landgrafa Turyngii i już w 1225 r., został spowiednikiem i duchownym przewodnikiem jego żony Elżbiety - późniejszej świętej, w stosunku do której wykazywał się niezwykłą surowością, graniczącą niekiedy z okrucieństwem. O strachu jaki żywiła św. Elżbieta do Konrada niech świadczą, jej słowa przytoczone przez autora jednego z jej życiorysów: "... si hominem motralem tantum timeo quautum Dominus ommipotens est timendus, qui est dominus et iudex omnium".
   Nie tylko jednak przewodnictwo duchowe św. Elżbiety było w owym czasie głównym zajęciem Konrada, pełnił on bowiem równocześnie w kościele niemieckim bardzo poważne funkcje. Kiedy w 1225 r. legat papieski Konrad zwołał do Moguncji narodowy synod niemiecki, który zatwierdził wszystkie kanony reformy kościoła, przyjęte jeszcze na Soborze Laterańskim IV w 1215 r. Konrad z Marburga, został wyznaczony pomocnikiem legata.
   Tymczasem cesarz Fryderyk II w 1227 r. zaraz na początku swojej krucjaty, podobnie jak landgraf Ludwik z Turyngii padł ofiarą epidemii malarii. Wysławszy więc swoją flotę do Akki pod wodzą patriarchy Jerozolimy Gerolda z Lozanny, sam udał się do uzdrowiska Pozzuoli, skąd wysłał do papieża, do Anagni posłów z informacją o tym. Grzegorz IX uznawszy to za kolejny wybieg cesarza, mający na celu uniknięcie udziału w krucjacie (do którego zobowiązał się jeszcze w 1215 r.) natychmiast rzucił na niego klątwę (IX 1227). Stało się to sygnałem dla heretyków różnego rodzaju w Niemczech, którzy w owym czasie wzmogli swoją działalność.
   Zanim jednak przejdziemy do omawiania kwestii lucyferian musimy zwrócić uwagę na dwa zasadnicze problemy jakie wiążą się z tym zagadnieniem, i które będziemy próbowali rozwiązać w poniższych rozważaniach. Pierwszy z nich, to pytanie czy lucyferanie istnieli naprawdę? Wielu bowiem autorów odmawia im w ogóle racji bytu, twierdząc, że byli oni tylko wymysłem i inkwizytorów albo po prostu źle zrozumianymi waldensami czy panteistami, którym niesłusznie przypisywano kult diabła. Na przykład S. Bylina uważa lucyferianizm za sztuczny twór zaczerpnięty z antyheretyckiej tradycji XIII w., imputowany waldensom, który zdecydowanie odbiegał od całokształtu ich wierzeń. Podobne poglądy wyrażają autorzy piszący o lucyferianach w XIV w., inni z kolei jak to już zostało wspomniane wyżej uważali lucyferian za niesłuszne oskarżonych o kult szatana panteistów - zwolenników Ortlieba ze Strasburga. Drugie pytanie, na które będę się starał odpowiedzieć wiąże się z pierwszym i dotyczy kwestii na ile doktryny lucyferiańskie mogły być wymysłem inkwizytorów i jakie są właściwie wyznaczniki i cechy charakterystyczne tej herezji, wyróżniające ją od innych.
   Odpowiadając na pytanie pierwsze należy zauważyć, że teoria iż lucyferanie byli źle zrozumiałymi waldensami lub innymi heretykami, ma całkiem logiczne podstawy żródłowe i przynajmniej na pierwszy rzut oka wydaje się być prawdopodobna. Otóż waldensów wykryto już w 1229 r. w Strasburgu, a prześladowania ich w tym mieście trwały przez następne kilka lat. Podobnie opisani pod rokiem 1230 przez "Annales Hirsaugense" heretycy reprezentowali poglądy wybitnie waldeńskie, uważali się bowiem za następców apostołów potępiając Kościół Rzymski, który uznawali za synagogę Szatana, poza tym mieli zwierzchnika w Mediolanie, któremu płacili co roku składkę, praktykowali też dobrowolne ubóstwo, jak bowiem mówi źródło "volentes enim omnia inter se habere communia", po czym dodaje jednak, że również i żony miały być wspólne, a członkowie sekty aprobować mieli kazirodztwo. Niewątpliwie w tym ostatnim przypadku mamy do czynienia z klasycznym wymysłem inkwizytorów, mającym na celu maksymalne zbrzydzenie herezji, co było częstym dydaktycznym zabiegiem przedstawiającym heretyków jako ludzi niemoralnych. Jako wiadomo jednak waldensi prowadzili bardzo surowe, pełne postów i umartwień życie i o jakiejkolwiek rozwiązłości nie mogło być w ich przypadku mowy. Dodatkowym argumentem przeciwko prawdziwości tych zarzutów jest to, że zostały one wydobyte na torturach, jak mówi bowiem źródło: "in tortura confessi sunt et abominanda se comisisse scelera publice dixerunt". Jak więc widać na zeznaniach przy użyciu tortur elementy prawdy, będące własną inwencją heretyków mieszają się z niedorzecznymi i nielogicznymi imputacjami inkwizytorów. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że wszystkie negatywne cechy, czy niemoralne zachowania przypisywane heretykom były zawsze bezpodstawnymi wymysłami. Tak na przykład niemoralność braci wolnego ducha potwierdzana jest przez wszystkie źródła zarówno ortodoksyjne jak i heretyckie, a poza tym w logiczny sposób wynika z ich doktryny o bezgrzeszności jaką osiągnąć mieli raz na zawsze bracia po rzekomym zjednoczeniu z Bogiem.
   Kolejnymi, niewątpliwie ważnymi argumentami w ręku przeciwników istnienia lucyferian są metody, jakimi posługiwali się inkwizytorzy i Konrad z Marburga przy karaniu heretyków, opisane w wielu kronikach, a dodatkowo potwierdzone jeszcze przez list arcybiskupa Monguncji do papieża Grzegorza IX z 1233 r. W sprawie zwalczania heretyków biskupi robili dotychczas niewiele. 20 VI 1231 papież Grzegorz IX wysłał więc do niemieckich biskupów listy, wytykające im opieszałość w walce z heretykami i zachęcające do energicznego wprowadzenia nowo ogłoszonych statutów antyheretyckich. W październiku odpowiedni list został skierowany również do Konrada z Marburga, który został wyposażony w specjalną władzę przeciw heretykom. Mógł on wydawać wyroki, które były ostatecznie i bez odwołania, nakładać interdykty na całe okręgi, a w kwestii karania heretyków odwoływać się do władzy świeckiej. Dodatkowo na przełomie 1231 i 1232 wysłano specjalne papieskie komisje, które miały za zadanie wyszukać w klasztorach dominikańskich ludzi odpowiednich na inkwizytorów. Klarowny obraz tego, jak w praktyce wyglądała walka z herezją w 1231 r. dają nam współczesne źródła. Wg "Gesta Treverorum" Konrad obdarzony autorytetem papieskim nie bał się nikogo i z równą bezwzględnością traktował zarówno ubogich wieśniaków jak i możnych. Zaczął więc od rodzinnego Marburga, gdzie oskarżył sporą grupę osób, w tym rycerzy i duchownych. Sposób postępowania Konrada w stosunku do heretyków był niezwykle prosty, dawał im bowiem dwie możliwości: albo przyznać się do winy i zachować życie, albo uparcie trzymać się swojej niewinności i zostać spalonym. W stosunku do tych, którzy się przyznali stosował Konrad karę obcięcia włosów. Wspomina o tym również biskup Moguncji w swoim liście do papieża i dodaje, że ci którzy przyznali się do winy w obecności Konrada, po jego odejściu odwoływali swe zeznania. Oskarżeni zaś nie mieli żadnej możliwości obrony. Wielu prawowiernych katolików więc, nie chcąc kłamać i przyznać się do herezji, o której nie mieli pojęcia wybrało śmierć na stosie. Im to Konrad według słów biskupa miał obiecać męczeństwo. Ci mniej wytrwali przyznawali się do winy - to jednak wiązało się z koniecznością wymienienia wspólników, pod groźbą stosu. Wielu więc, nie wiedząc kogo oskarżać prosiło Konrada - jak mówi biskup - by wymienił imiona osób co do których ma podejrzenia, a które oni następnie potwierdzali. Nic więc dziwnego, że strach padł na wszystkich, bo w takiej sytuacji każdy mógł być oskarżony. Nikt też jak podają "Gesta Treverorum" nie chciał wstawiać się za heretykami i ich bronić, by nie podpaść pod kategorię ich obrońców, również podlegających karze. Co więcej, zdarzało się, że w powszechnej psychozie strachu niektórzy płacili tym, którzy zostali za karę ostrzyżeni, by nauczyć się od nich jak przetrwać przesłuchanie i przeżyć. Jak zgodnie przyznają obydwa źródła, sytuacja taka wykorzystywana była przez co przebieglejszych heretyków, którzy specjalni oddawali się w ręce inkwizytorów i dawali się ostrzyc, po to tylko by zadenuncjować katolików, czy też przez zwykłych ludzi, którzy przy pomocy inkwizycji załatwiali osobiste porachunki. Znamienny przykład daje tutaj arcybiskup Moguncji w swoim liście, gdzie przytacza historię pewnej 20-letniej dziewczyny - włóczęgi imieniem Aleydis, która oddała się dobrowolnie w ręce inkwizycji, gdzie zeznała, że była heretyczką, podobnie jak jej mąż spalony wcześniej, a także, że pragnie wyjawić imiona swoich heretyckich towarzyszy. Następnie w towarzystwie Konrada, który oczywiście od razu jej uwierzył udała się do wsi Klavelt, z której pochodziła i wskazując na swoich krewnych, którzy ją wcześniej wydziedziczyli sprawiła, że zostali oni spaleni jako heretycy. Towarzyszył jej podobno pewien człowiek imieniem Amfrid, który jak przyznał później doprowadził swoimi zeznaniami do spalenia 100 niewinnych ludzi. Konrad w swojej pewności siebie i przekonaniu o słuszności swej misji (wg "Annales Wormatienses" uważano go nieomal za proroka) lekceważył również i opinie arcybiskupów. Jak mówi w swoim liście arcybiskup Moguncji gdy najpierw on sam, a następnie z dwoma innymi arcybiskupami - Kolonii i Trewiru upomniał Konrada, by w swoim postępowaniu był bardziej umiarkowany ten zaczął głosić w Moguncji publicznie kazania przeciw niemu . Podobne do Konrada metody stosowali dwaj inni przerażający inkwizytorzy, niedawno nawróceni z herezji, którzy najpierw działali samodzielnie, a następnie przyłączyli się do niego. Jeden z nich - Konrad z przydomkiem Torso był dominikaninem, zaś jego kaleki towarzysz - Jan bez oka i ręki był człowiekiem świeckim, który chlubił się podobno tym, że potrafi poznać heretyka po wyglądzie. Metody przez nich stosowane były chyba jeszcze okrutniejsze niż Konrada. Palili oni heretyków najpierw na wsiach, ale z czasem widząc, że mają poparcie rozentuzjowanego tłumu przenieśli się do miast i rozszerzyli swoją działalność na mieszczan i szlachtę, a chcąc zdobyć sobie poparcie możnych, jak mówi kronikarz obiecywali im dobra palonych heretyków. Łapali oni heretyków jedynie na podstawie donosu, bez potrzeby jego udowodnienia i wedle autora kroniki spalili oni wielu prawowiernych katolików, którzy jeszcze w godzinie śmierci wzywali pomocy Jezusa, Matki Bożej i świętych. Zapytani natomiast dlaczego tak czynią odpowiadali, że wolą spalić 100 niewinnych, jeśli miałby znaleźć się wśród nich jeden heretyk; autor kroniki mówi o nich "iudices imperfecti et sine misericordia".
   Nic więc dziwnego, że wobec takich argumentów niektórzy historycy poddają w wątpliwość istnienie lucyferian w ogóle. Faktem jest bowiem, że procedura stosowana przez Konrada, a w jeszcze większym stopniu przez Torsa i Jana dawała możliwość znacznych nadużyć i jest rzeczą niewątpliwą, że znaczną część, jeśli nie większość ukaranych stanowili niewinni ludzie - prawowierni katolicy, zadenuncjowani przez swoich wrogów lub przypadkowo schwytani i zmuszeni w celu zachowania życia do denuncjacji swoich wspólników. W efekcie tworzył się rodzaj samonapędzającej się maszyny, gdzie jeden schwytany - rzekomy heretyk denuncjował kilku następnych, z nich każdy kilku następnych itd. To jakże wyraźne i oczywiste świadectwo nadużyć nie oznacza jednak faktu, że heretyków nie było w ogóle, wręcz przeciwnie coś przecież musiało być przyczyną rozpoczęcia prześladowań, które następnie zostały doprowadzone do niesamowitej skali przez Konrada i jego religijną nadgorliwość. Ewidentnego dowodu na ich istnienie łącznie z doktrynami dostarczają nam "Gesta Treverorum". Według ich autora w Trewirze istniały trzy szkoły heretyckie. Zaniepokojony tym arcybiskup zwołał więc synod, na którym przedstawiano trzech heretyków, z czego dwóch zwolniono, jeden zaś został spalony. Według autora kroniki mieli oni silną organizację z papieżem, którego na wzór rzymskiego nazywali Grzegorzem i biskupami, którzy przyjmowali imiona lokalnych biskupów katolickich po to aby zapytani o wiarę mogli powiedzieć, że wyznają wiarę papieża Grzegorza i biskupa. (Heretycy trewirscy wymieniali imię Teodoryka, tak bowiem nazywał się arcybiskup Trewiru). Dobrze, ale nasuwa się tutaj pytanie, czy nie mogli oni tak powiedzieć bez konieczności zmiany imion swoich biskupów, czyli po prostu skłamać? Otóż nie. Ta z pozoru błaha informacja jest istotną wskazówką co do charakteru tych heretyków. Jak bowiem wiadomo zarówno waldensi jak i katarzy powstrzymywali się zdecydowanie od przysiąg jak i kłamstwa, w związku z czym te dwie sekty mogły tutaj wchodzić w grę. W przekonaniu, że mamy tu do czynienia z waldensami utwierdza nas autor "Gesta Treverorum", gdy mówi, że niektórzy heretycy byli uczeni w Piśmie Św. które mieli przetłumaczone na niemiecki, że twierdzili, iż eucharystia może być sprawowana zarówno przez mężczyznę jak i kobietę w dowolnym miejscu, nie może zaś być sprawowana przez niegodnych kapłanów. Odrzucali też oni modlitwy za zmarłych i posty katolickie. Inni znowu nie wierzyli w sakrament eucharystii i jak mówi kronikarz powtarzali chrzest, co może być z kolei aluzją do stosowanego przez katarów sakramentu "consolamentum" - chrztu Ducha Św. przez nałożenie rąk. Cokolwiek dziwne wydają się relacje o heretykach, którzy mieli całować kota lub bladego człowieka i przez to stawać się gorszymi lub też o tych którzy aprobowali kazirodztwo, ale te spokojnie mogłyby zostać odrzucone, jako mające oczernić innowierców wymysły inkwizytorów. W zasadzie to wszystko potwierdzałoby teorię tych, którzy uważali lucyferian za źle zrozumianych waldensów, katarów lub innych heretyków, gdyby nie jedna, ale jakże wymowna wzmianka autora kroniki, który mówi, że między innymi heretykami spalono jeszcze pewną kobietę imieniem Luckardis o której mówiono, że prowadziła niezwykle święte życie. Ubolewała ona bowiem nad Lucyferem, niesłusznie według niej strąconym z nieba, pragnąc, by tam znowu powrócił. „Nam exusta est ibi quedam Luckardis, que sanctissime vite putabatur que incredibili lamentatione lugebat Luciferum iniuste de celo extrusum, quem volebat replorare denuo in celum”. W sumie ta lakoniczna, ale jakże wymowna zarazem wzmianka jak się wydaje zasługuje na największą uwagę. Trudno ją bowiem uznać za wymysł inkwizytorów, mający na celu dydaktycznie zobrzydzić opisywanego heretyka. Wręcz przeciwnie wspomniana kobieta przedstawiona jest w korzystnym bardzo świetle - miała bowiem prowadzić niezwykle święte życie, z drugiej strony przedstawiony przez nią obraz Lucyfera zdecydowanie odbiega od negatywnego ortodoksyjnego obrazu diabła - pana wszelkiego zła. W jej mniemaniu jest on bowiem panem nieba, niesłusznie z niego strąconym. Trudno sobie wyobrazić, by jakikolwiek inkwizytor i prawowierny katolik wymyślił tak pozytywny obraz Lucyfera tak po prostu bez powodu, po to tylko by przypisać go heretykom. Takie przedstawienie diabła nie pełniłoby żadnej dydaktycznej odstraszającej roli, a mogłoby wręcz być przeciwnie.
   Rok 1232 przyniósł wydarzenia, które były niewątpliwie przełomowe dla formującej się inkwizycji; otóż cesarz Fryderyk II po zawarciu z papieżem pokoju w San Germano w 1230 roku i zdjęciu klątwy przyłączył się do Grzegorza IX w rozpoczętym przez niego dziele zwalczania heretyków. W marcu 1232 r. wydał bowiem w Rawennie dekret adresowany do wszystkich duchownych i możnych świeckich swojego imperium w którym nakazywał im aktywne włączenie się w dzieło zwalczania herezji i brał pod szczególną opiekę wszystkich inkwizytorów i zakonników żebrzących. Świeccy urzędnicy zobowiązani byli aresztować wszystkich heretyków wskazanych przez inkwizycję, a następnie wykonać na nich wyrok śmierci, jeśliby trwali w swych błędach, lub skazać na dożywotnie więzienie, jeśliby zrezygnowawszy z tych błędów chcieli się nawrócić. Niewątpliwie taki rozwój inkwizycji opartej na szczególnie uprzywilejowanych przedstawicielach zakonów mendykanckich w dość poważny sposób podkopywał władzę lokalnych biskupów, tworząc im konkurencję w postaci inkwizytorów, nic więc dziwnego, że niezbyt chętnie włączali się oni w dzieło zwalczania heretyków, tak że w październiku 1232 papież uznał za stosowne wysłanie do nich listów, w których ubolewał nad zuchwałością heretyków, którzy kiedyś ukryci, teraz wychodzili na światło dzienne, jawnie i publicznie ucząc swoich błędów i nakłaniał biskupów, by wszczęli przeciwko nim postępowanie zgodnie z nowo uchwalonymi statutami anty-heretyckimi.
   Niewątpliwie najbardziej przełomowym dla inkwizycji niemieckiej był rok 1233. Pod tą datą bowiem mający skłonność do przytaczania niesamowitych historii Alberyk de Trois - Fontaines w swojej kronice odnotowuje, że wielki biskup heretyków - Vigorosus de Baconia został ujęty i spalony w Tuluzie. Tymi heretykami byli oczywiście lucyferanie, których z nazwy wymienił on jako pierwszy ("ista pestifera secta Luciferianorum"). Mieli oni według niego poza murami Kolonii jakiś rodzaj świątyni, gdzie posąg Lucyfera miał dawać wyrocznie (Et ultra Coloniam fuit quedam synagoga hereticorum, ubi responsa dabat ymago Luciferi) do czasu aż nie został zniszczony przez pewnego kapłana. Trudno jednak uznać Alberyka za źródło pierwszej klasy wiarygodności zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę, że dalej pisze on o tym, że lucyferian owych nie pochłaniały płomienie do czasu, aż nie zostało przed stos przyniesione Ciało Chrystusa, a pewna lucyferianka została z płomieni zabrana przez demony i po prostu zniknęła! W dalszej części swojej relacji przytacza on w całości wspomniany wyżej list arcybiskupa Moguncji do papieża w sprawie nadużyć Konrada, którego jednak nie do końca potępia, twierdząc, że faktycznie herezja lucyferańska została przyniesiona do Niemiec przez pewnego czarnoksiężnika (nigromanticus) z Mastricht. Według Alberyka wywoływał on podobno demony, z którymi rozmawiał na tematy teologiczne, a jednego z nich nawet zamknął w złotym naczyniu, które zapieczętował woskową pieczęcią. Potem w ramach kary bożej utopił się podczas podróży morskiej do Anglii. Miało mu towarzyszyć 8 niegodziwych duchownych, którzy po wtajemniczeniu ich w doktrynę heretycką przynieśli ją do Niemiec. O doktrynie tej Alberyk nie mówi praktycznie nic z wyjątkiem tego, że zawierała ona wiele nieprawdy o Chrystusie. Mimo, że w powyższej relacji Alberyka znajduje się wiele elementów cudownych i nieprawdopodobnych, a wzmianka o czarnoksiężniku nosi wszelkie znamiona pospolitej plotki (Alberyk usłyszał ją od jakiejś trzeciej osoby) nie znaczy to jednak, że nie możemy z niej wyłuskać pewnych ziaren prawdy. Przede wszystkim na uwagę zasługuje wzmianka o synagodze Lucyfera pod Kolonią, w której znajdował się jego posąg, co może wskazywać na to, że herezja owa nie ograniczała się do pojedynczych jednostek, lecz obejmowała jakąś grupę ludzi, którzy praktykowali zorganizowany kult. Drugą niezmiennie ważną sprawą jest wskazanie Tuluzy gdzie został spalony przywódca owych heretyków, co wiąże z kolei lucyferian z tradycyjnym gniazdem kataryzmu, z którego herezja ta mogła wywodzić swoje korzenie. Wygląda więc na to, że właśnie we Francji powinniśmy szukać jej źródeł i pierwszych wyznawców.
   Wracając jednak do Konrada i inkwizycji przez niego prowadzonej należy podkreślić, że rok 1233 był dla niej przełomowy. Dotychczas bowiem całe Niemcy żyły w strachu przed działaniami nie bojącego się nikogo Konrada, i jego towarzyszy. Miara się jednak przebrała, gdy o herezję oskarżeni zostali znaczniejsi, panowie feudalni tj. hrabia Solms, Anesberg, hrabina Lotz, a zwłaszcza hrabia Sayn. Ten ostatni bowiem, jak głoszą kroniki był przykładnym prawowiernym chrześcijaninem, a że jak głoszą inne kroniki był mężem wielce okrutnym, rzeczą oczywistą jest, że musiał mieć niemało wrogów.
   Najprawdopodobniej niektórzy z nich wykorzystali możliwość zemsty, jaką dawała stosowana przez Konrada procedura inkwizycyjna i zwyczajnie zadenuncjowali hrabiego. Ten jednak nie dał za wygraną i odwołał się do arcybiskupa Moguncji, który 25 lipca 1233 r. zwołał synod, gdzie obecni byli nie tylko możni, ale i panowie świeccy z królem Henrykiem na czele. Tam hrabia przedstawił wielu godnych świadków, zarówno świeckich jak i duchownych, którzy potwierdzili jego niewinność. To jednak Konradowi nie wystarczyło. Arcybiskup oznajmił hrabiemu, że sprawa zostanie odroczona, zwracając się zaś do zgromadzonych rzekł iż hrabia odchodzi stamtąd jako prawowierny katolik i nie obciążony żadnym podejrzeniem. Rozzłoszczony takim obrotem sprawy Konrad zaczął głosić w Moguncji krucjatę przeciwko tym oskarżonym możnym, którzy jednak nie przybyli. Wezwania jego nie znalazły jednak zrozumienia w związku z czym postanowił on z powrotem udać się do Marburga. Król i biskup jakby przeczuwając niebezpieczeństwo zaproponowali mu zbrojną eskortę na którą Konrad jednak się nie zgodził i wkrótce po opuszczeniu Monguncji został zabity ze swoim towarzyszem franciszkaninem Gerardem przez szlachtę z Dornbach, która przygotowała na niego zasadzkę.
   Na początku następnego roku (1234) zwołano do Frankfurtu synod z udziałem króla Henryka, dla zamknięcia sprawy. Tam hrabia Sayn i inni oskarżeni możni zostali ostatecznie oczyszczeni z zarzutów, oddano im też skonfiskowane dobra. Zajęto się też dokładnie sprawą Konrada i jego inkwizycji. Ci z oskarżonych przez niego, którzy skłamali pod przysięgą, zostali skazani na karę 7 lat więzienia, tych którzy oskarżyli niewinnych wysłano pieszo do Rzymu, do papieża, który miał rozpatrzyć ich sprawę; morderców Konrada natomiast ekskomunikowano. Tymczasem jeszcze poprzedniego roku po wspomnianym synodzie w Moguncji wysłano do papieża posła Konrada, scholastyka ze Spiry alby poinformował go o nadużyciach popełnianych przez Konrada z Marburga i zasięgnął opinii w tej sprawie. Tam Grzegorz IX wyraźnie zaniepokojony zdziwił się podobno, że Niemcy tak długo tolerowali jego nadużycia (jak podaje autor "Annales Wormatienses") i gdy już gotowe były listy potępiające takie zachowanie, zjawił się Konrad Torso z wiadomością o zamordowaniu Konrada. Rozgniewany tym papież podarł już przygotowane listy, a scholastykowi zagroził nawet utratą beneficjów kościelnych. Za radą kardynałów jednak zmienił zdanie. W późniejszym liście Grzegorza IX do arcybiskupa Moguncji czytamy bowiem, że papież zaleca, aby w stosunku do heretyków postępować zgodnie ze statutami kościoła, tak by nie krzywdzić niewinnych. Tymczasem na synodzie frankfurckim, po odejściu świeckich, duchowni rozważając nad sprawą Konrada podzielili się wyraźnie na dwa obozy: zwolenników i przeciwników jego metod, z tym, że ci ostatni byli chyba liczniejsi. Jak podaje kronikarz podczas obrad jeden z duchownych wystąpił nawet z propozycją by Konrada ekshumować i pośmiertnie spalić jako heretyka.
   Gdybyśmy mieli poprzestać jedynie na wyżej przedstawionych świadectwach w analizowaniu sekty lucyferian musielibyśmy raczej przyjąć stanowisko zwolenników ich nieistnienia. Czym bowiem dysponujemy? Ewidentnymi świadectwami na nadużycia popełniane przez inkwizytorów, którzy prześladowali niewinnych ludzi, bądź też heretyków należących do sekty katarów lub waldensów. Tak też widział sprawę arcybiskup Moguncji, który we wspomnianym wyżej liście do papieża mówi, że Konrad prześladował ubogich z Lyonu, którym zarzucał błędy manichejskie. Na poparcie tezy przeciwnej (o istnieniu lucyferian) mamy natomiast tylko wzmianki Alberyka de Trois-Fontaines przytaczającego fantastyczne historie odnośnie początków sekty oraz jedno, co prawda godne zaufania, ale krótkie i zwięzłe zdanie autora "Gesta Treverorum". Na dobrą sprawę cała nasza teoria na temat istnienia lucyferian musiałaby opierać się na tych dwóch relacjach, a to trochę mało. I tu w zasadzie moglibyśmy skapitulować przed zwolennikami pierwszej teorii, gdybyśmy nie wzięli pod uwagę dwóch często pomijanych, przemilczanych lub marginalizowanych relacji o lucyferianach, które jednak mają pierwszorzędne znaczenie zarówno jeśli chodzi o stopień wiarygodności jak i wiadomości w nich zawarte. Pierwsza z nich zawarta jest w bulli Grzegorza IX "Vox in Rama" z 13 VI 1233 wzywającej do krucjaty przeciwko heretykom, druga zaś w prawdopodobnie późniejszym zeznaniu heretyka imieniem Lepzet przed sądem świeckim i mieszczanami Kolonii.
   W bulli "Vox in Rama" papież wspomina o herezji, o której został poinformowany przez Konrada w jego listach (które niestety się nie zachowały), a które, jak pisze napełniły go zmartwieniem i przerażeniem. Mówi tu papież o nowej herezji, która pojawiła się w Niemczech między innymi rodzajami herezji wcześniej tu istniejącymi, a która jest niebezpieczniejsza i powszechniejsza od innych: "inter diversas heresum species, que peccatis exigentibus Alemanniam infecerunt, una, sicut destabilior ceteris sic et generalior universis que non solum referentibus sed etiam audientibus est horrori in nobilibus membris ecclesiae ac valde potentibus iam erupit". I niewątpliwie mamy tu do czynienia z nową herezją odmienną od herezji katarów i waldensów, których doktryny i błędy jako że istniały one już od przynajmniej kilkudziesięciu lat musiały być papieżowi doskonale znane. W dalszej części listu przedstawiona jest wyraźnie doktryna owej sekty, której członkowie jak pisze papież zakładają szaleńczo, że Lucyfer jest stwórcą nieba, niesprawiedliwie i podstępnie strąconym do piekła przez Boga i że kiedyś do owego nieba powróci i wtedy dopiero jego wyznawcy osiągną wieczną szczęśliwość. "Asserunt delirando, celorum dominum violenter conta iustitiam et dolose Luciferum in inferos detrusisse. In hunc etiam credunt miseri, et ipsum affirmant celestium conditorem et adhuc ad suam gloriam precipitato Domino rediturum, per quem cum eodem et non ante ipsum se sperant eternam beatitudinem habituros". O tym, że jest to obraz szatana, jakże daleki od katolickiej ortodoksji nie trzeba chyba nikogo przekonywać i trudno twierdzić że mógłby on być wymysłem inkwizytorów. Zwłaszcza staje się to jasne jeśli weźmiemy pod uwagę procesy w których niewinnie oskarżonym ewidentnie imputowano kult diabła. Należy zauważyć że jego obraz w takich przypadkach był zawsze zgodny z obrazem katolickiej ortodoksji. Był on tam przedstawiany jako władca zła a jego wyznawcy byli pozbawionymi wszelkich skrupułów, rozmiłowanymi w wyszukanych zbrodniach degeneratami.
   Jak więc widać autorzy piszący o lucyferianach wrzucają niejako ich problem do jednego worka z niesłusznymi oskarżeniami o kult szatana i czary i nie rozważając sprawy dokładnie przechodzą do porządku dziennego nad twierdzeniem o ich nieistnieniu. Jeśli bowiem przyjrzymy się doktrynie lucyferian dokładnie, zauważymy, że nosi ona wyraźne piętno teorii katarskich. Wynika z niej bowiem, ze istnieje dwóch bogów pozostających w stosunku do siebie w wyraźnej sprzeczności. Z jednej strony Lucyfer - pan nieba, z drugiej wrogi mu Bóg, który podstępnie strącił go do piekła. Niewątpliwie więc mamy do czynienia z teorią wywodzącą się z radykalnego kataryzmu, w świetle czego szczególnie cenna wydaje się wspomniana wyżej wzmianka Alberyka de Trois-Fontaines o heretyckim biskupie spalonym w Tuluzie. Jak bowiem wiadomo katarzy połudnowofrancuscy byli wyznawcami tej skrajnej wersji dualizmu (zakładającej istnienie dwóch równorzędnych bogów - dobrego i złego) od heretyckiego synodu w Saint Felix de Caraman w 1167 r.. O katarskich korzeniach sekty lucyferian mogą też świadczyć wzmianki Eckberta z Schönau w jego dziele przeciwko katarom, gdzie mówi on, że niektórzy z nich utożsamiają dusze ludzkie z upadłymi aniołami, którzy na ziemi w ciałach odbywają swoją pokutę. Podobne opinie przedstawia również Alan z Lille, wybitny teolog żyjący w latach 1128 - 1202 we Francji w swoich „Contra Hereticos Libri Quattuori niewątpliwie nie jest to wymysł autorów kościelnych. Sami katarzy bowiem często w swoich zeznaniach przytaczali legendę o tym, jak aniołowie za namową Szatana opuścili niebo i zeszli na ziemię, gdzie zostali uwięzieni w ciałach. Od przekonania, że się jest upadłym aniołem do uznania Lucyfera za swojego przywódcę jest już tylko krok, a jeśli założymy, co w sumie jest bardzo prawdopodobne, że niektórym z owych upadłych aniołów nie odpowiadała rola pokutników na tym świecie, nie byłoby więc rzeczą dziwną gdyby stworzyli oni teorię, że wraz ze swoim przywódcą - Lucyferem zostali niesłusznie strąceni z nieba przez jakiegoś złego boga. Sprawa staje się jeszcze bardziej jasna jeżeli weźmiemy pod uwagę wspólne wszystkich katarom, a wcześniej jeszcze starożytnym gnostykom przekonanie że Jahwe - Bóg ze Starego Testamentu, stwórca świata materialnego jest Bogiem złym (jako że cała materia jest w ogóle zła). Stąd oczywistym wydaje się być wniosek wynikający z tego twierdzenia że jego przeciwnik i odwieczny wróg - Lucyfer jest w konsekwencji dobrym bogiem świata duchowego. Z takim spostrzeżeniem wystąpił też J. B. Russel w "Witchcraft in The Middle Ages". Zdecydowana większość katarów przeciwstawiła jednak złemu Bogu Starego Testamentu Chrystusa mającego być synem czy wysłannikiem Boga Duchowego przybyłym na ziemię, by przekazać ludziom prawdę o nim. Najczęściej autorzy uważający lucyferian za wymysł inkwizycyjnej propagandy przytaczają wyrwaną z kontekstu część zdania Alana z Lille z jego "Contra hereticos", gdzie wyprowadza on nazwę katarów od kota, pod postacią którego czcić mieli oni Lucyfera. Pomija się jednak zawsze milczeniem fakt, że nie jest to jedyne wytłumaczenie nazwy tych heretyków. Wcześniej bowiem mówi Alan, podobnie jak Eckbert z Schönau, że nazwa ta związana jest z czystością jaką mieli odznaczać się członkowie sekty. Jeśli więc weźmiemy pod uwagę to rozróżnienie poczynione przez Alana wydaje się prawdopodobne, że już za jego czasów tj. w XII w. mogło dojść do wyodrębnienia się lucyferian z sekty katarów.
   Nie powinno się też, jak to zwykle bywa lekceważyć owej wzmianki Alana o kocie, zwłaszcza jeśli zestawimy ją z opisanym w bulli "Vox in Rama" rytuałem przyjęcia nowych członków. Otóż kandydat do sekty wedle Alana z Lille, miał najpierw pocałować ropuchę, która w zależności od sytuacji czasami była niewielka, czasami zaś "ogromna jak piec". Potem pojawiał się blady mężczyzna o czarnych oczach i tak chudy, że widać było jedynie kości powleczone skórą. Całując go adept odczuwał wielki chłód, po czym całkowicie zapominał całej wiary katolickiej. Potem pojawiał się czarny kot, któremu cześć oddawali według dostojeństwa tylko doskonali -"perfecti"; najpierw nowicjusz, potem mistrz (magister); reszta zaś określana jako imperfecti, którzy w tym czasie recytowali modlitwy musieli zadowolić się błogosławieństwem mistrza. Następnie gaszono światło i rozpoczynała się orgia, gdzie mężczyźni współżyli z mężczyznami a kobiety z kobietami. Po jej zakończeniu pojawiał się (wychodził z ciemnego kąta) człowiek od pasa w górę jaśniejący jak słońce, tak że blask od niego bijący oświetlał całe pomieszczenie, od pasa w dół był zaś kosmaty jak kot. Jemu to mistrz (magister) heretyków wręczał część ubrania nowo przyjętego mówiąc: "Mistrzu, daję tobie to, co mi zostało dane" na co tamten odpowiadał: "Dobrze mi służyłeś, będziesz służył więcej i lepiej, twojej opiece powierzam to, co mi dałeś", po czym znikał.
   Fragment ten wydaje się być szczególnie godnym przeanalizowania, albowiem mimo swojej fantastyczności zawiera wiele istotnych wskazówek. Po pierwsze przedstawiony tutaj podział na doskonałych (perfecti) i niedoskonałych (imperfecti) jest jak wiadomo charakterystyczny dla sekty katarów. Równie charakterystyczne są tutaj zarzuty o stosunki przeciwko naturze, które powszechnie im przypisywano, co wiązało się ze zdecydowanym potępieniem przez nich stosunków cielesnych uważanych za jednakowo złe, obojętnie czy popełniane były w ramach małżeństwa czy poza nim, zgodnie z naturą czy przeciw niej. To zrównanie przez katarów wszelkich rodzajów nieczystości zawsze i bez wyjątku godnej potępienia prowadziło ich przeciwników do błędnego wniosku, że aprobują oni wszelkie stosunki przeciwko naturze i moralności. Oskarżenia takie w stosunku do grup ludzi uważanych za niebezpieczne, o których mało wiedziano znane były już od starożytności. Niemoralność, rozwiązłość, kazirodztwo, morderstwa rytualne (o czym w swoim polemicznym traktacie wspomina Minucjusz Feliks w III w.) przypisywano wówczas chrześcijanom, którzy jak wiadomo w owych czasach, podobnie jak później nadreńscy heretycy spotykali się potajemnie w podziemiach.
   Równie godne uwagi są wyobrażenia Lucyfera jakie przedstawiali jego wyznawcy. Jeśli odrzucimy ropuchę, którą miano całować jako mało prawdopodobną, zostaną nam bardzo interesujące wyobrażenia: bladego mężczyzny, kota i jaśniejącego pół człowieka-pół kota. Zwłaszcza to ostatnie wyobrażenie wydaje się być bardzo ciekawe. Wspominany tutaj blask, bijący od owej postaci, który oświetla całe pomieszczenie niewątpliwie związany jest z postrzeganiem Lucyfera jako pozytywnego boga - "przynoszącego światło" - to bowiem etymologicznie oznacza jego imię. Najprawdopodobniej więc mamy tu do czynienia z własnym świadectwem heretyków, a właściwie z jakimiś jego echami. Być może tak właśnie wyglądał posąg Lucyfera w "synagodze" pod Kolonią, o którym wspomina Alberyk de Trois-Fontaines w swojej kronice. Jeśli więc również i ta druga - kocia część postaci została wymyślona przez lucyferian to jest bardzo prawdopodobne, że kot mógł być dla nich zwierzęciem świętym i w jakiś sposób czczonym jako symbol Lucyfera. W taki wypadku aluzja Alana z Lille nie byłaby więc już wcale tak niedorzeczna jak wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka. Jak jednak wytłumaczyć bladego, wychudzonego mężczyznę i dokładnie opisany rytuał przekazania fragmentu szat nowo przyjętego Lucyferowi? Otóż wyjaśnienie tego wydaje się niezwykle proste. Bladość jak wiadomo była cechą powszechnie przypisywaną heretykom, zwłaszcza katarom, co było efektem stosowania przez nich rozlicznych postów i umartwień, a także powstrzymywania się od jedzenia mięsa i innych produktów odzwierzęcych z wyjątkiem ryb.To tłumaczyłoby również chudość owego tajemniczego osobnika, który mógł być jakimś stojącym wysoko w hierarchii lucyferiańskim "doskonałym" (perfectus); jemu to właśnie każdy nowo przyjęty zobowiązany był złożyć hołd. Bardzo możliwe też, że na owych tajemniczych zebraniach odgrywał on rolę samego Lucyfera i następnie w odpowiednim przebraniu przyjmował szaty nowo przyjętego, wypowiadając odpowiednie formuły.
   Biorąc pod uwagę wszystko to, co wyżej powiedzieliśmy widać, że bulla "Vox in Rama" stanowi kluczowy i w zasadzie niepodważalny dowód na istnienie lucyferian w Niemczech. W jego świetle prawdopodobieństwa nabierają również wzmianki kronikarzy piszących o tym heretykach.
   W dalszej części bulli papież ubolewając nad istnieniem tych jakże strasznych heretyków-bluźnierców, przeciwko którym, jak mówi, nie tylko ludzie, lecz także żywioły powinny wystąpić, powołując się na liczne przykłady ze starego i nowego testamentu zachęca do użycia siły przeciwko nim, obiecując wszystkim, którzy przyłączą się do krucjaty odpusty jakie przysługują uczestnikom wyprawy do Ziemi Świętej. Kroki podjęte przez papieża świadczą o powadze sytuacji. Niewątpliwie więc w Nadrenii w XIII w. musiała istnieć pewna liczba lucyferian - być może wcale nie mała - niemniej jednak trudno sobie wyobrazić by miałaby to być herezja powszechniejsza od innych, jak wspomina papież na początku bulli. Raczej mamy tu do czynienia z przekonaniem skłonnego do przesady Konrada, który jako główny informator papieża mógł go wprowadzić w błąd. Mimo iż bulla adresowana była do arcybiskupa Moguncji i biskupów jego archidiecezji, biskupa Hildesheim, Konrada z Marburga, cesarza Fryderyka II i jego syna Henryka, na wezwanie papieża odpowiedział jedynie Konrad - biskup Hildesheim. Ogłosił on krucjatę, w której udział wzięli Hartman - hrabia Kiburga (Zurych), Henryk Raspe, a także Konrad - landgraf Turyngii. Ten ostatni gruntownie oczyścił swoje ziemie z heretyków, zrównując z ziemią miejscowość Willnsdorf, która miała być ich głównym siedliskiem.
   Pewnym uzupełnieniem relacji zawartej w bulii "Vox in Rama" jest zeznanie heretyka imieniem Lepzet przed sądem świeckim i mieszczanami Kolonii przytoczone przez I. Döllingera w "Beiträge zur Sektengeschichte des Mittelalters" Chociaż nie jest ono datowane, to jednak jego wyraźna zależność od elementów opisanych w bulli każe nam umieścić jego powstanie w II połowie 1233 r. W zeznaniu tym wymysły inkwizytorów ewidentnie mieszają się z wyznaniami heretyka tak, że całość pełna jest sprzeczności i elementów nie dających się ze sobą powiązać w logiczny sposób. Rozpoczyna się wszystko od opisu przyjęcia nowego członka, jakby żywcem wyjętego z bulli „Vox in Rama”. Adept miał najpierw całować ogromną ropuchę, potem bladego mężczyznę, a potem przychodził kot, który gasił światło i rozpoczynała się orgia. Od kota wywodzi też najwidoczniej źródło nazwę sekty, określanej jako "secta Katerorum" nie zaś "catharorum" czyli po prostu sekta czcicieli kota. Dalej pojawiają się zeznania, które jakoby się wydawało mogą wiele wyjaśnić jeśli chodzi o kwestię ich doktryny. Otóż jest powiedzenie, że wierzą oni, iż Bóg, czczony przez kościół, niesprawiedliwie wyrzucił z nieba Lucyfera - swojego boga. Ten jednak odzyska swoje panowanie przy pomocy antychrysta, który powstanie ze związku słońca i księżyca i pokona archanioła Michała. Według Lepzeta ów Lucyfer miałby być stwórcą ciał ludzkich i wszystkich rzeczy widzialnych, a więc i materii. I już wydawałoby się, że mamy do czynienia z nowym elementem lucyferiańskiej doktryny, gdyby nie zeznania, które wydają się temu wyraźnie zaprzeczać. Mówi następnie Lepzet, ze członkowie jego sekty poszczą i pokutują by przyśpieszyć moment zwycięstwa Lucyfera; on sam nosił na ciele włosiennicę przez ostatnie 5 lat. Dalej wspomniane przez niego elementy wskazują na wyraźnie katarski charakter sekty. Mają oni praktykować katarski chrzest - "consolamentum", podczas którego udzielający go, trzymając ręce na głowie adepta powtarza mu trzy razy: : "Będziesz dobrym człowiekiem" ("Du werdest ein gut man"), wtedy też wszystkie grzechy są mu odpuszczone. Poza tym ci, którzy chcieli zostać męczennikami praktykowali rytualne zagłodzenie się na śmierć, czyli katarską endurę.
   Jak wiadomo podstawowym elementem doktryny katarów, obojętnie jakiego rodzaju, była wiara w transcendentnego , ukrytego boga świata duchowego, którego czcili (obojętnie pod jaką nazwą) i zawsze przeciwstawiali mu złego boga - stwórcę materii, która była z zasady nieodwołalnie zła. Z jakiego więc powodu lucyferianie, wykazujący wszystkie cechy sekty katarskiej mieli czcić Lucyfera jako stwórcę świata materialnego? A nawet jeśli założymy, że tak było, to dlaczego czciciele materii tak bardzo od niej uciekali; pościli, pokutowali, głodzili się na śmierć? Bardziej prawdopodobne jest, że wzmianka o Lucyferze-stwórcy materii nie była własną inicjatywą Lepzeta, lecz raczej pomysłem inkwizytorów, którzy przecież nie mogli pozwolić, by heretyk głosił publicznie przed ludem Kolonii niebezpieczne teorie, jak ta, że Lucyfer jest niesłusznie skrzywdzonym przez Boga panem nieba i stwórcą dusz. To bowiem mogłoby przysporzyć jemu i jego teoriom nowych zwolenników.
   Nie był to jednak jedyny zabieg mający przedstawić Lepzeta w negatywnym świetle. W dalszej części zeznania czytamy, ze chociaż członkowie sekty potępiali małżeństwo jako usprawiedliwienie nieczystości, aprobowali jednak kazirodztwo. Myślę, że ze stwierdzeniem tym nie ma powodów długo polemizować. Należy ono bowiem do tego rodzaju typu zarzutów, których celem było dydaktyczne obrzydzenie heretyków jako ludzi dopuszczających się powszechnie potępianej zbrodni, a co za tym idzie uzyskanie ogólnego poparcia dla ich prześladowań w szerokich warstwach społeczeństwa, które wówczas tym łatwiej mogło włączyć się do ich zwalczania, a że była to broń często stosowana świadczy chociażby wspomniany wyżej przykład waldenesów salzburskich z 1230 r. oskarżonych dokładnie o to samo.
   Dalej Lepzet miał przyznać się do znieważenia hostii, którą wziąwszy z kościoła po przyniesieniu do domu palił, a także do tego, ze sekta jego nie uważała morderstwa za grzech, on sam bowiem miał zabić 30 ludzi podczas swego życia. Źródeł tego typu zarzutów należy szukać w bulli „Vox in Rama”. Papież Grzegorz IX wspomina tam faktycznie o znieważaniu hostii przez heretyków, w kolejnym zdaniu natomiast mówi ogólnie, ze mieli czynić wszystko to co było Bogu wstrętne a powstrzymywać się od tego co mu było miłe ("Omnia Deo placita non agenda fatentur, et potius agenda, que odit"). Zdanie to niewątpliwie musiało odnosić się do nienawiści, jaką lucyferianie żywili do Boga, wynikającej z ich doktryny, a co za tym idzie i do kościoła z jego sakramentami, w związku z czym prawdopodobne jest, że mogli oni znieważać hostię, chociaż tego nie możemy stwierdzić z całą pewnością, ponieważ nie wiemy, jaki był ich stosunek do Chrystusa. Nic jednak papież nie mówi w swoim liście o aprobowaniu morderstwa przez tych heretyków. Niemniej jednak wypowiedziane przez niego, jakże ogólne zdanie dawało podstawę do oskarżania ich o praktycznie dowolną zbrodnię. Oznacza ono bowiem, że kult Lucyfera polega na zwyczajnym odwróceniu wiary chrześcijańskiej. Na tym jakże prostym założeniu budowali przez kilkaset lat swoje zarzuty różnego rodzaju łowcy czarownic, na nim budują swoje przekonania również dziś, różnego rodzaju sataniści. W odniesieniu do lucyferian jednak, którzy mieli własną, głęboko zakorzenioną w kataryzmie i gnostycyzmie doktrynę, a także przestrzegali surowej, katarskiej moralności, twierdzenie to nie mogło mieć zastosowania.
   Jest jeszcze jedna rzecz, która w zeznaniu Lepzeta zasługuje na uwagę, ma bowiem związek z tym, co zostało powiedziane w "Vox in Rama". Chodzi mianowicie o specyficzny sposób powoływania biskupa tej sekty. Kandydata na niego - jak mówi Lepzet - zaraz po urodzeniu zabiera się od matki, by nie żywił się mlekiem. Następnie przez całe życie powstrzymuje się on od mięsa, mleka i w ogóle wszystkich produktów odzwierzęcych związanych z reprodukcją z wyjątkiem ryb, co jak wiadomo było charakterystyczne dla wszystkich katarskich "doskonałych". Po osiągnięciu odpowiedniego wieku natomiast zostaje biskupem; przyjmuje nowych członków do sekty i udziela "consolamentum". I niewątpliwie o takim właśnie biskupie wspomina bulla "Vox in Rama", gdy mówi o bladym, wychudzonym człowieku, któremu nowo przyjmowany adept miał złożyć hołd.
   Jak więc widać przeanalizowawszy dokładnie wszystkie dostępne źródła możemy teraz odpowiedzieć na oba postawione na początku tych rozważań pytania. Jeśli chodzi o istnienie lucyferian jako odrębnej sekty należy stwierdzić, że z powyższych przekazów, z których niewątpliwie niepodważalnym, najbardziej zasługującym na wiarygodność dokumentem jest bulla Grzegorza IX "Vox in Rama", a także z potwierdzających ją wzmianek kronikarzy niezbicie wynika, że istnieli oni w Niemczech naprawdę i stanowili zapewne jakiś odłam sekty katarskiej, który wyodrębnił się z niej prawdopodobnie już w XII w. w południowej Francji, skąd do Niemiec przynieśli ją heretyccy misjonarze. Jeśli zaś chodzi o charakter tej sekty i elementy wyróżniające ją od innych to należy podkreślić, iż był to niewątpliwie kult Lucyfera, uważanego za pana niebios, a więc i władcę świata duchowego, który został stamtąd strącony przez złego boga, identyfikowanego prawdopodobnie z Bogiem czczonym przez Kościół katolicki. Obraz ten tak dalece odbiegał od tego, znanego z ortodoksji katolickiej, że nie może być mowy o tym, aby zarówno on, jak i obraz lucyferian, prowadzących podobne jak katarzy, surowe, ascetyczne życie został wymyślony przez prawowiernych inkwizytorów.

:: powrót ::